Kiedy w 2014 roku Formuła 1 wchodziła w erę hybrydową,
sędziowie z FIA zafundowali nam tak zwany system tokenów. Efekt? Mercedes
zbudował potwora, a reszta stawki mogła jedynie bezradnie rozłożyć ręce i
patrzeć, jak rywale odjeżdżają w siną dal, bo przepisy zablokowały jakąkolwiek
sensowną pogoń. Dzisiaj, w 2026 roku, gdy na torach melduje się kolejna
rewolucja silnikowa, cały cyrk F1 próbuje uniknąć powtórki z tamtej
kompromitacji. Stąd w regulaminach narodził się nowy twór – system ADUO, czyli Additional
Development and Upgrade Opportunities.
Prawda jest jednak taka, że choć brzmi to jak kolejny
skomplikowany algorytm rodem z Doliny Krzemowej, diabeł jak zwykle tkwi w
szczegółach.
Komputerowe szachy kontra urealnienie stawki
Mimo wszystko trzeba federacji oddać jedno: ADUO to nie jest
prymitywne, sztuczne show znane z innych serii wyścigowych, gdzie liderowi
dorzuca się worki z balastem albo sztucznie ogranicza przepływ paliwa. Nie ma
tu ordynarnego Balance of Performance. Zamiast tego, producenci, którzy
zaliczyli falstart – a plotki z padoku mówią, że w tej grupie znalazły się
Ferrari, Audi oraz zmagająca się z potężnymi problemami Honda – dostają po
prostu więcej czasu i funduszy, by odrobić lekcje. Jeśli twój silnik spalinowy
odstaje od lidera (w tym przypadku od potężnego Mercedesa), FIA uchyla ci drzwi
do fabryki na nieco dłużej.
Cała procedura przypomina aptekarskie karanie, tyle że w
drugą stronę – co do milimetra i co do konia mechanicznego. Federacja
zaplanowała trzy punkty kontrolne w tym sezonie: po Kanadzie, Węgrzech i
Meksyku. Jeśli pomiary wykażą, że tracisz do najlepszego ponad 2% mocy (czyli
jakieś 12 koni), dostajesz bonusy. Jeśli tracisz ponad 4% – dostajesz ich
więcej. A jeśli jesteś Hondą i według kuluarowych szeptów tracisz ponad 10%,
FIA rzuca ci koło ratunkowe w postaci dodatkowych 230 godzin na hamowni i 11 milionów
dolarów ekstra w limicie budżetowym. W regulaminie pojawiła się nawet finansowa
opcja hazardowa: weź teraz więcej grosza na rozwój, ale za to w latach
2028-2030 zaciśniesz pasa.
Diabeł tkwi w tych samych 84 elementach
Niestety, nikt nie dostaje tu darmowych koni mechanicznych
na tacy. Zyskujesz czas i pieniądze, ale inżynierowie sami muszą wymyślić,
dlaczego auto traci dystans, gdy w grę wchodzi czysta przyczepność tylnej osi
na wyjściach z zakrętów, albo dlaczego brakuje mu tchu na prostych. I tu
dochodzimy do ściany, którą FIA sama wybudowała. Cała jednostka napędowa
została zamrożona i podzielona w biurokratycznej tabeli na 84 komponenty.
W ramach ADUO słabsi mogą poprawić zaledwie jeden lub dwa
homologowane elementy w sezonie. Przy tak skomplikowanej strukturze, to jak
próba naprawienia luksusowego zegarka za pomocą młotka i śrubokręta. Prawdziwa
rewolucja i tak nastąpi dopiero w 2027 roku, gdy przepisowa proporcja mocy
zmieni się na 60/40 i otworzy się okienko na większe modyfikacje. Prawdziwy
zysk na teraz? To wolna amerykanka w rozwijaniu oprogramowania, bo tego limity
ADUO nie korelują, oraz tradycyjne, fia-owskie naciąganie poprawek "pod
kątem niezawodności", które jakimś cudem zawsze dodają kilka koni
mechanicznych.
Pokerowa zagrywka w cieniu pit-lane
Najbardziej fascynująca w tym wszystkim nie jest jednak sama
inżynieria, a bezwzględna polityka zespołowa i gierki strategów. Znając spryt
szefów ekip, system ADUO natychmiast stanie się narzędziem w padokowym pokerze.
Czy Mercedes, wiedząc, że ma przewagę, celowo nie skręci
swoich jednostek w okolicach GP Kanady czy Węgier, tylko po to, by nie
podarować rywalom dodatkowych godzin na hamowni? Albo czy któryś z producentów
nie zagra va banque, ukrywając prawdziwe osiągi na początku roku, zgarniając
bonusy rozwojowe z ADUO, by w drugiej połowie sezonu nagle odkręcić kurek z
mocą?
Osobiście wolałbym, aby zamiast tych wszystkich tabel,
limitów i biurokracji, o wynikach decydowały ryczące, syntetyczne V8, gdzie o
wyprzedzaniu decydował instynkt i opóźnione hamowanie, a nie optymalizacja
krzywej momentu obrotowego zatwierdzona przez Paryż. Skoro jednak utknęliśmy w
tej erze skomplikowanej elektryfikacji, ADUO przynajmniej daje cień szansy, że
peleton nie rozjedzie się tak drastycznie, jak dwanaście lat temu. Ale czy to
wystarczy, by zrekompensować brak mechanicznego geniuszu na torze? Przekonamy
się po wakacyjnej przerwie.

