Za kulisami w Montrealu znowu zaczęło huczeć. Jos Verstappen popijający kawę w gościnie u Toto Wolffa to obrazek, który w całym cyrku F1 znaczy więcej niż tysiąc oficjalnych komunikatów prasowych. I choć Max publicznie ucina spekulacje o emeryturze, rzucając krótkie: „Zostaję w F1”, to kluczowe pytanie wcale nie brzmi czy, ale gdzie wyląduje w przyszłym roku. Kontrakt wiążący go z Red Bullem do końca 2028 roku dziś jest wart dokładnie tyle, ile papier, na którym go wydrukowano – czyli w realiach współczesnego padoku niewiele.
Mimo wszystko, jeszcze dwa lata temu scenariusz, w którym Verstappen ucieka z Milton Keynes, brzmiał jak ponury żart. Red Bull dominował, a Max inkasował tytuły z regularnością szwajcarskiego zegarka. Prawda jest jednak taka, że w F1 karta odwraca się błyskawicznie. Dzisiejsza rzeczywistość to uciekający McLaren, potężny Mercedes i bezlitosna tabela: po czterech rundach Antonelli ma sto punktów, a urzędujący mistrz świata gnieździ się na siódmej lokacie z marnym dorobkiem dwudziestu sześciu oczek. Kiedy bolid zaczyna tracić balans, a uciekająca przyczepność tylnej osi zmusza do ciągłej walki z autem zamiast z rywalami, nawet największy geniusz kierownicy zaczyna się rozglądać za wyjściem ewakuacyjnym.
Niestety dla obecnych szefów Red Bulla, Max to nie jest typ korporacyjnego potulnego pracownika, który będzie ślepo wierzył w zapewnienia inżynierów. To chłopak wychowany na starej szkole, gdzie liczyły się instynkt, mechaniczny chwyt i czysta prędkość. Verstappen od dawna głośno mówi, co myśli o nowych przepisach, hybrydyzacji i przekomplikowanej technologii, która zamienia wyścigi w zmagania serwerowni, a nie ludzi. Dzisiejsza F1, z jej aptekarskim karaniem za przekroczenie białej linii o milimetr i sztucznym show generowanym przez baterie, wyraźnie go męczy. Jeśli dorzucimy do tego świadomość, że Red Bull stracił pozycję lidera technologicznego, jego frustracja staje się w pełni zrozumiała.
Wolff doskonale o tym wie i konsekwentnie zastawia sidła. Mercedes odżył, ma szybkie auto i potężne zaplecze na nową erę silnikową. Dla Maxa przejście do Brackley to nie byłaby kwestia zmiany barw sponsorskich – to chłodna kalkulacja, gdzie dostanie lepsze narzędzie do robienia tego, co potrafi najlepiej. Sam kierowca podchodzi do sprawy z rozbrajającą, wręcz bezczelną szczerością: „Preferowałbym zostać w Red Bullu do końca życia, ale decyzji nie muszę podejmować dzisiaj ani jutro”. To jasny sygnał wysłany do Christiana Hornera: panowie, weźcie się do roboty, bo pociąg z napisem Mercedes właśnie stoi na stacji i czeka na mojego ojca.
Oczywiście, romanticy chcieliby widzieć w F1 lojalność do grobowej deski, ale spójrzmy prawdzie w oczy – ta dyscyplina nigdy taka nie była. Nawet Michael Schumacher w latach 90. zostawił mistrzowski Benetton dla pogrążonego w chaosie Ferrari, bo widział tam perspektywy i ludzi, którzy potrafili budować potęgę. Verstappen ma dopiero 28 lat, potężny głód wygrywania i zero cierpliwości do oglądania pleców rywali. Jeśli Red Bull nie opanuje nerwowości swojej konstrukcji i nie przywróci stabilności na wejściach w zakręty, Jos Verstappen nie będzie jedynym członkiem tego klanu, który na stałe przeniesie się do hospitality Mercedesa.

